Wiersze

(archiwum)

Pan od polskiego

– Piotr Trysła

Podarowałem Ci pogardliwe spojrzenie przypadkowego spotkania. Jak się
domyślam, nosisz je zawsze przy sobie. Niepotrzebnie. Nie zapominam twarzy
kochanek, ani prześladowców, a ulicami chodzę zawsze ukradkiem. Brzegiem
chodnika.

Wszystkie spotkania zawdzięczam więc przypadkowi i złej pogodzie.
Nie podtrzymuję spojrzenia, a ono i tak tkwi we mnie jak drzazga.

Wypędzonych z ojczyzny własnego języka znam w porządku alfabetycznym.
Deklamatorów z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Z lat późniejszych
tylko wybranych.

Czytam w obcych językach płynnie i z upodobaniem wszystkie przekłady
polskich klasyków. Odnajduję znajome fragmenty i uczę się ich na pamięć.
Nowe dźwięki przynoszą mi tajemnicę, a narracja snów się nie zmienia. Co za
ulga.

Miałem już histerię i drżenie rąk. Miewam rozpacz, ale budzę się zawsze głodny,
nigdy pełny. Rozmnażam wątpliwości tylko własnego istnienia. Nie płaczę. Czy
to dobrze? Nie wiem. Nie pamiętam. Mickiewicza zniosłem do piwnicy.

Osacza mnie przekonanie, że w moim języku nikt już nie mówi, ale i ja nie
mówię w niczyim. Tłumaczenia na nic się zdają. Pozostają kroniki, język migowy
lub milczenie.

Umówmy się, że tego wiersza nie było.

Jedwabne guziki

– Piotr Trysła

Jeżeli nie odnajdujesz tego zła u siebie, to nie znaczy, że go tam nie ma.

Lipiec ciężkie słońce zrzucił w rozpęd żniw.
Takie ciężkie, że kołysze się sklepienie.
Uciekł wiatr.
Tylko ptaki… ptaki tylko marzną.

Znam to miejsce.
Z chłodnego kamienia śliską ulicę.
Głośną i szczerbatą.
Podejrzane okna. Zasłony. Spalone kolory.
Znam to miejsce.
Teraz ranek, lecz pod wieczór ciężkie dachy będą jeszcze cięższe.

Dom Konfekcji i Bławatów braci Franke.
Aksamity i jedwabie.
Miękkie skóry.
Lśniące lady.
Wstążki długie wplecione w warkocze.
Soczyste pasmanterie.
Dziś otwarcie.
Otwórz oczy.

Cztery domy dalej zasłonięte okna.
Duszna sień. Świeża woda w misce. Ręce.
Pierwsze tego dnia spojrzenie wysuwa się zza firanki na pustą ulicę.
Snuje się przy ścianie domu i spłoszone wpada z powrotem przez rozbite okno w piwnicy.
Ktoś już wie.
Biegnij.
Uciekaj z tego dnia.
Skrzydła są właśnie po to.
Ratuj się.
Jeszcze się da.

Rynek wypełnia się.
Idą mali i mniejsi.
Schowani w ubraniach.
Każdy gdzieś. Stąd dotąd. Geometria kilkuset współrzędnych.

Skrzydła córeczko, pamiętasz?
Jak najszybciej. Jak najdalej. Jak uczyłem.
Biegnij.

Czekaj. Jeszcze dopnę ci guziki.
Jak na krzyżu rozciągnięte widnokręgi.
Jeszcze nie ma ognia, lecz już dym.
Biegnij.

Miłość

– Piotr Trysła

W spokojnym cichym śnie
leżymy obok siebie.
Zdławiła nas gwałtowność ciepłego ciała.
Stygniemy powoli.
Nie chciałem dla siebie nic,
prócz minuty pośpiesznego szaleństwa,
spoconej głupoty,
nieskończonej fizyki.

Wpadłaś w sieć złotego pająka.
Nie rozmawialiśmy tym samym językiem.
Zbliżyło nas milczenie.
Nie wiemy o sobie nic, co nam zagraża.
Tym chętniej porzuciliśmy nasze światy.
Przez tę krótką chwilę naszego spotkania
wszystko dzieje się bez naszego udziału.
Jeszcze przez chwilę,
przez dwie,
będziemy szczęśliwie nieobecni.
Utopieni.

Teraz w spokojnym cichym śnie
leżymy obok siebie
i nie słyszymy echa kroków
biegnącego do nas po schodach.
Zbliża się.
Podchodzi pod drzwi.
Stoi długo.
Wie, że krok dalej i odwrotu nie będzie.
Jeżeli wejdzie, umrze.
Jeżeli nie wejdzie,
jutro w małej kropli potu
odnajdzie zapach naszych ubrań.
Odchodzi.

Miłość była za drzwiami.
Westchnęła.
Podrapała suche drewno,
oparła dłoń o metal klamki,
sprawdziła numer mieszkania.
I poszła.
Echem cichnącego zmęczenia.

Lecz my nie znamy tych szczegółów.
Ani ilości kroków, ani przygotowanych słów.
Nie wiemy nic o zgubionym kluczu,
cichej rozterce.
Wszystko to było potrzebne
do ocalenia naszej przestrzeni.

W spokojnym cichym śnie wciąż leżymy obok siebie.
Czas już minął.

Komu opowiesz o tym?
Dla kogo będziesz chować to wspomnienie?

Nić

– Piotr Trysła

Zbyt lekko się ubraliśmy a droga zdaje się nie mieć końca.
Otwarte wzgórza i ciemne wąwozy na przemian.
Ledwie miniemy zakręt schowany w zasłonie z zarośli i listowia,
w którym droga chowa się, ucieka i kurczy,
w który wpływa chętnie i szybko jak górski strumień,
a tuż za nim zamiast wyczekiwanej ciemnej kreski murów,
równina zapada się, a horyzont rozszerza szeroki grzbiet kolejnego wzniesienia.
Jasny i leniwy.
Droga znika nam z oczu, lecz tylko na chwilę, bo w oddali pojawia się znowu.
Wyrasta, tyle że dalej.
Wije się na granicy spojrzenia.
W zmrużeniu, bo południowe słońce jest przed nami.

Mijamy gromadę zdziwionych naszą obecnością ptaków.
Od czoła pochodu nagle słychać pieśń,
ale do nas dolatuje tylko zerwana z czyjejś szyi chustka melodii,
rzucony czyjąś ręką liść refrenu. Ułamki.
W każdym razie ptaki się płoszą.

Kurz. Wiatr kogoś przewraca. Ktoś inny ogląda się za siebie. Przystaje.

Na cienkich nitkach niebo się kołysze. Wisi nad przepaścią.
Jakieś dziecko pyta matki czy jeszcze daleko. Ona nie wie, ale musi odpowiedzieć.

Wydaje mi się, że nie idę. Jestem pewien, że nie idę, lecz drogi wciąż ubywa.
Zrywa się wiatr i przynosi duszny zapach zniczy.
Patrzymy chciwie przed siebie. W przestrzał kolejnego wzniesienia.
W następny i w następny.

W zerwany z pola tuman wzbija się samotny ptak. Wokół groza i zimno.

Instrukcja

– Piotr Trysła

Na początku nie należy bać się krzyku.
Przed użyciem wstrząsnąć kilka gubiąc łez.
Trzymać w cieple i pilnować wagi,
pamiętając, że jest całkiem nagi.
Dosercowo zastosować tylko miłość.

Wzrost zależny od kilku jest czynników.
Dojrzałości nagłej nie spodziewać się.
Można popchnąć i poczekać chwilę
lub przytulić i zobaczyć ile
tlenu jest potrzebne, by wytworzył miłość.

A poza tym dobrze mieć: szczelne okno, by nie zmoknął.
Kilka cichych ciepłych miejsc.
Punkt widzenia. Odniesienia.
Tyle samo słów co pauz.
W klatce ptaka, by nie płakał.
Jeden klucz do wszystkich bram.
Tylko taki… Tylko taki sposób znam.

Bardzo szybko przyzwyczajać do mówienia.
Nie przesadzać. Upojenie znosi źle.
Podać rękę i oduczać gryźć.
Kiedy wstanie, sam zaczyna iść.
Pierwsze o co Cię poprosi to zawsze miłość.

A poza tym dobrze mieć: szczelne okno, by nie zmoknął.
Kilka cichych ciepłych miejsc.
Punkt widzenia. Odniesienia.
Tyle samo słów co pauz.
W klatce ptaka, by nie płakał.
Jeden klucz do wszystkich bram.
Tylko taki… Tylko taki sposób znam.

Stado

– Piotr Trysła

Wychodzimy.
Cichy brzask chłodnym powiewem powietrza odkleja plaster miodu od zgrzanej nocy
śliniąc pierwszy słoneczny palec.
Prowadzi nas poeta.
Stado śpi jeszcze.

Dokąd? Nie wiemy, lecz słowo silniej nas wiąże z bezsennością, niż kamień ze snem.
Pusto aż do krajobrazu.
Pierwsze stragany już trzeszczą. Zmarznięte stelaże. Znają ciężar, którego codziennie ubywa,
który się kończy ze zmierzchem, który się ze zmierzchem nie kończy, którego codziennie
ubywa…
Nie mijamy nikogo.
Dym. Coś gaśnie, ale trudno to dostrzec, więc nikt nie patrzy.

Jaskrawy brzask ośmielony naszym poruszeniem narzuca biały płaszcz na stygnącą ciemność
unosząc drugi słoneczny palec do góry.
Patrzymy pod nogi uważnie.
Od tego patrzenia wielokrotnieje nam droga. Oddala się.

*

Przychodzę najwcześniej jak się da.
Wychodzimy o brzasku. Jest zimno i stado śpi jeszcze.
Zabieram ze sobą tylko tych, wyłącznie tych, którzy zapomnieli.

Ocalić wszystko

– Piotr Trysła

jest młodość pierwszym owocem czereśni
jest słowo a nikt nie rozumie pieśni
dobre mieszkanie w ciszy i w cieniu
na zawsze czas ukryty w kamieniu

i deszcz co rany liże
nam wszystkim w dzień słoneczny
i tym pod krzyżem
i tym na
i tym nieobecnym

czy ocalić to wszystko?
ocalić to wszystko?
ocalić?

jest prawda w piasku archeologów
jest życie beztroską odmianą głodu
wielka miłość z małej litery
trudna nazwa dzisiejszej ery

i strach w naszym pobliżu
na wieki wieków wieczny
dla tych pod krzyżem
dla tych na
i dla nieobecnych

jak ocalić to wszystko?
jak to ocalić?
jak?

jest człowiek nieprzemyślany
jest zwierzę pół kroku za nami
i drobny zdziwienia gest
że drzewo
że drzewo jest

chcę ocalić to wszystko
wszystko to ocalić

Piosenka podarowana Iwonie Kmiecik

Czy jutro będzie zimno?

– Piotr Trysła

Pożegnanie mojej ukochanej Babci.

Co nam, żyjącym, wypada powiedzieć do już nieobecnej?
Nie będziemy się przecież chwalić dzisiejszym dniem, ani wspominać zapachu wilgotnego powietrza. Podobnie niespodziewanego deszczu.
Wypada nam nic nie mówić.
Ani słowa.

Nic o wietrze, który przedarł się do nas, zaplątał w obrus i przepadł, nie powiem.
Nic o przerwanej zabawie.
Z tego dnia nie wspomnę już nic.
Ani słowa.

Uśmiecham się.
Nie ma smutnego jutra, więc mówię: Poczekaj. Niedługo przyjdziemy.
A kiedy wieczorem położymy się spać, obetrzyjmy dokładnie wilgotne dłonie.
Przydadzą się nazajutrz.

Co jej, nieobecnej, wypada powiedzieć do nas?
Niema odpowiedź przynosi tęsknotę do tego wiatru, do deszczu i do wilgotnego powietrza.
Nie spieszcie się – mówi. I pyta:
Czy jutro będzie zimno?

Odpływ

– Piotr Trysła

Halinie Najda. Mojej Babci. 1922 – 2016

Kim jesteś żeglarko?
Która przedarłaś się przez sześć wrześniów – utopionych światów.
Bezszelestnie.

Stojące wody.
Marszczą się mokre palce obu Twoich dłoni.
I szybko schną kamienie z gasnącego strumienia,
a pragnienie podchodzących zwierząt się wzmaga.

Kim jesteś? O czym mnie uprzedziłaś?
Nie wiem.
Zgaduję tylko, że nie boisz się wiatru. Ani mnie. Że fioletowa ćma za Twoim oknem to sen.
Że ostatnia fala przychodzi wolniej, niż poprzednia. I że o tym wiesz.

Kim jestem?
Spóźnionym ptakiem. Nie poczekałaś na mnie.
Pamiętam. Matka powtarza, żebym się nie bał. Ojciec objaśnia mi Drzewo.
Rosnę w pośpiechu. Łapczywie. Biegnę za Tobą.
Nie odgadnę miejsca, nie wymyślę godziny, ale przyjdę niedługo.

Kim jesteś żeglarko?
Która wpłynęłaś w płytki strumień od strony morza – rozlanego wszechświata.
Bezpowrotnie.

Drzewo wie o Tobie wszystko.
Kiedy przychodzisz, kiedy mijasz i kiedy odchodzisz.

W słonecznym wietrze mojej wyspy kołysze się pusta łódź.
Kołyska.
Jestem twoim synem.

 

Powolutku

– Piotr Trysła

powolutku
po troszeczku
płynie woda po spodeczku
a pod spodem talerzyka
życie kapie
schnie
i znika

czas już płacić
złudzeniami
za wdrożone w życie bzdury
może w końcu pod żebrami
nóż się znajdzie
złodziej skóry

wtedy lekko
leciusieńko
można będzie własną ręką
udowodnić z krwi i kości
nowotworu mej miłości

potem tylko zdać egzamin
przed niebieskim kłamstw liczydłem
żeby liczba mych omamień
zrównać mogła cudów liczbę

i powoli
i po trochu
do stolika przyjdzie spokój

a po drugiej stronie ławy
życie idzie
wchodzi w nawyk

Piosenka „Powolutku” znajduje się w repertuarze Iwony Kmiecik